Poszukiwania dostawcy henny cz 1

Poszukiwania dostawcy henny- temat rzeka.

W 2007 roku niedaleko Charminar, na ulicy wypełnionej kolorowym tłumem, sklepikami z perfumami w formie olejków, bransoletkami we wszelkich możliwych kolorach, zrobiłam pierwsze hennowe zakupy- sprzedawca najpierw zaaplikował mi na nadgarstek olejek jaśminowy, chwilę podyskutowaliśmy o garam masali- wrzucił na wagę garść kardamonu, kminu, cynamonu, kolendry i innych przypraw oświadczając że mielonej, gotowej masali nie ma, bo przecież takie mieszanki to się robi w domu. Na koniec, zupełnie tego nie planując, odeszłam od sklepiku mając w torbie pokaźny pakunek składający się z 20 gotowych rożków z pastą i dobrym, hyderabadzkim proszkiem- piszę o hennie, w razie gdybyście się nie domyślili 😉
Był to prezent, a wiadomo, że prezentów się nie wyrzuca. Tak właśnie zaczęło się moje malowanie henną na skórze. Zapasik gotowych rożków dość szybko się wyczerpał, więc zaczęłam eksperymentować z proszkiem. Moje pierwsze pasty bardziej przypominały kisiel niż cokolwiek innego- za dużo cukru w paście. Dodawałam też sporo zwykłego oleju… To były ciekawe czasy 😀
Zapasy szybko się skończyły- a raczej zostały zmarnowane. Nadszedł czas poszukiwań dobrej henny. Kupiona w polskim sklepie przez internet henna nie nadawała się do malowania na skórze- trzeba ją było przesiewać, żeby pozbyć się większych kawałków, które zatykały rożek.
A więc- hennę pakowałam do puszki z kilkoma kamyczkami, na puszkę muślinowa chusteczka i… shake it, baby! W powietrzu unosiły się maleńkie cząsteczki henny, mniej więcej o gęstości kurzu- zresztą po godzinie takiego przesiewania henna osiadała na wszystkim jak kurz, tylko zielony 😉 Henna w nosie, na firankach, wszędzie. Ale przynajmniej z przesianą henną dało się już pracować.
Po kilku miesiącach takiej zabawy przeczytałam w internecie o hennie do Body Art i doznałam olśnienia. Henna, której nie trzeba przesiewać! Powróciły piękne wspomnienia hyderabadzkiego proszku, który tak niecnie zmarnowałam. Tylko- skąd ta hennę brać?
Opcja 1.
Kupić od europejskiego pośrednika. Plusy: zazwyczaj są to hennowi artyści, którzy wiedzą co sprzedają, nie trzeba się martwić o jakość. Minusy: zaporowe jak dla mnie ceny.
Opcja 2. Szukać w polskich sklepach internetowych. Ech, tego już próbowałam. O ile można kupić niezłą hennę do włosów, tak do body art już niekoniecznie.
Opcja 3.
Kupić u źródła, czyli- bezpośrednio u producenta.
Opcja 3 wygrała, i zaczęły się wręcz anegdotyczne perypetie z dostawcami. O czym napiszę jeszcze- niebawem 🙂
Advertisements

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s