firma A już na miejscu, moja recenzja na bieżąco

Uff 🙂 Odebranie przesyłki się trochęskomplikowało, bo Urząd Celny ją otworzył po czym na poczcie nie mojej lecz ciut odległej musiałam podpisać protokół zawierający adnotację o otworzeniu paczki.

Wczoraj po południu odebrałam paczkę, dziś zaczynam dokumentować 🙂

 

Pierwsze wrażenia- paczka solidnie zabezpieczona, w środku dokładny ‚spis treści’ i list podziękowująco-zapraszający do współpracy- miły gest 🙂

 

Obraz 1172

 

Ten dostawca naprawdę poważnie traktuje termin ‚pakowane próżniowo’. Opakowanie zewnętrzne ma znaną skądinąd postać grubej, nieprzezroczystej, metalicznej folii. Różnica polega na tym że wyssane zostało ze środka całe powietrze- CAŁE. Proszek jest zbity twardo w niewielką cegiełkę. Objętość opakowania ciut mniejsza. Dla pewności zważyłam jedno opakowanie przed otwarciem- 112g- wszystko w jak najlepszym porządku 🙂

Nie zwlekając przystąpiłam do otwierania opakowania zewnętrznego.

Obraz 1175

Oczom moim i kibicującego dzielnie kota ukazało się foliowe opakowanie wewnętrzne i sprasowana twarda ‚cegiełka’ w całej okazałości. Rozcięłam folię i do opakowania dotarło powietrze. Co dziwne ‚cegiełka’ nie straciła formy. Dopiero w dłoni rozsypała się w miałki proszeczek 🙂 BAQ, najprawdziwsze BAQ 🙂 śliczniutki zielony kolor i intensywny zapach henny 🙂 Zmielona na puder 🙂

Obraz 1178

 

Na zdjęciu pokazuję większą grudkę- wystarczy lekko ściasnąć w palcach żeby te kawałki zamieniły się w proszeczek. Oczywiście od razu przystąpiłam do czynności zasadniczych, tj zmieszałam proszek z wodą, nakryłam folią, umieściłam chusteczkę higieniczną, i czekam co będzie dalej- jak będzie uwalniać się barwnik. Ten post będzie edytowany! c.d.n. 🙂

Reklamy

henna i odrosty

Jedno z najczęściej zadawanych pytań 🙂

 

Swoją przygodę z henną zaczęłam od kasji z niewielką domieszką henny na włosach od lat rozjaśnianych chemicznie na tzw złoty blond. Mój naturalny kolor włosów był o 3-4 odcienie ciemniejszy- taki sobie ciemny blond o mysim kolorze.

Kiedy włosy były jednolitego koloru nie było problemu ale pojawiające się odrosty już pewien problem stanowiły- w międzyczasie przerzuciłam się na czystą hennę co sytuację nieco poprawiło- bo henna przyciemniła rozjaśniane włosy i odrost przestał być tak dramatycznie widoczny.

W ten sposób stałam się prekursorką ombre 😉  na rozjaśnionej części włosów henna łapała w kierunku intensywnych czerwieni a odrost był już bardziej kasztanowy; ale nie wyglądało to źle bo granica była płynna, kolory łagodnie przechodziły jeden w drugi.

Z czasem, po jakimś roku regularnego stosowania kolory prawie zupełnie się wyrównały.

 

A więc nie ma jakiejś cudownej formuły dzięki której załatwimy problem odrostów naturalną koloryzacją, szczególnie jeśli różnica  jest większa niż 1-2 odcienie a nasze włosy były rozjaśniane. Można przed henną wyrównać chemicznie kolor włosów- najlepiej do naturalnego żeby pozbyć się problemu odrostów. Jeśli zdecydujemy się na ponowne rozjaśnienie- odrosty pojawią się znowu i całą zabawa od początku.

Pocieszające jest to, że używanie naturalnej henny, bez dodatków soli metali nie kłoci się z chemiczną koloryzacją.

 

Innym przypadkiem jest farbowanie odrostów pojawiających się w trakcie stosowania henny.

Ja regularnie stosuję hennę- załatwia to problem odrostów ale efektem ubocznym jest to, że kolejne warstwy henny nakładają się na siebie i włosy ciemnieją- w moim przypadku nie są to już rudości czy czerwienie a odcienie kasztanowe.

 

Żeby tego uniknąć- można farbować same odrosty albo odświeżać kolor glossami co 2-3 tygodnie. Jest to sposób także bardzo ekonomiczny 🙂

 

Odrosty i mieszanki henny z amlą czy indygo- tu mogą się pojawić dodatkowe problemy- bo na rozjaśnionych włosach henna może złapać silniej albo słabiej, ilość wariacji jest w tym temacie naprawdę duża. Więc w tym przypadku- najlepszym wyjściem z sytuacji będzie chemiczne wyrównanie koloru do jak najbardziej zbliżonego do naturalnego koloru włosów, odczekanie ok tygodnia, nałożenie najpierw samej henny jako bazy pod kolor a mieszanki następnego dnia. 

 

 

wielowymiarowy kolor- efekt po hennie

bez flesza

z fleszem

Jestem totalną maniaczką oglądania zdjęć włosów po hennie.

Chyba nie ma sposobu, żeby przewidzieć ze 100% pewnością jaki dokładnie kolor wyjdzie po farbowaniu- zawsze jest ten faktor hennowej magii, albo coś ‚wisi w powietrzu’, albo nad wszystkim czuwa hennowe licho, które obdarzy włosy niesamowitym połyskiem, ale lubi za to pofiglować z odcieniem.

Czy uwierzycie, że powyższe zdjęcia zostały zrobione tej samej osobie, tego samego słonecznego dnia? Różnią się tylko tym, że jedno jest z fleszem a drugie bez.

Moja przygoda z henną…

…. jest wielopoziomowa i opowiadana przeze mnie za każdym razem kiedy ludzie pytają dlaczego jestem ruda 🙂

Dawno, dawno temu (dokładnie cztery lata) trafiłam do Centrum Islamu w Lublinie na Dni Otwarte. Jedną z głównych atrakcji był pokaz malowania henną. Pamiętam, że wzorek na ręku chroniłam jak relikwię, usiłując zatrzymać go jak najdłużej.

Kolejnym krokiem naprzód w mojej przygodzie były zajęcia z Ulą Chłopicką – Khan poświęcone wszystkim tajnikom ajurwedyjskiej kosmetyki, właściwościom henny, które obudziły we mnie fascynację do wszystkiego co orientalne i podkreślające piękno kobiecego ciała.

Zaczęło się od malowania henną.  Sam proces przygotowywania składników potrzebnych do aplikacji miał swój magiczny wymiar. Do tej pory traktuję ten rytuał jako sposób na przeniesienie się w inny wymiar. Pewnego razu postanowiłam uczynić krok naprzód. Emblemat hennowy na ręce był krótkotrwały i szybko znikał, potrzebowałam czegoś więcej.  A że od myśli do decyzji i reakcji droga niedługa 🙂  nastąpił czas na … premierowe farbowanie włosów – henną rzecz jasna!!

Bez tytułu5

Tak wyglądał efekt końcowy po pierwszej aplikacji.  Z bladego,  nijakiego blondu,  powstał właśnie taki rudy, połyskujący złotem odcień.

Oczywiście na jednej aplikacji się nie skończyło. Wręcz przeciwnie! ,,uzależnienie” od henny przypomina ,,uzależnienie” od tatuażu – rzadko kończy się na jednorazowej przygodzie.  Dodatkowym bodźcem był fakt, iż moje włosy nabrały blasku, stały się mocniejsze, zaczęły szybciej rosnąć i mniej wypadać. Kolor wyglądał na tak naturalny, że wszyscy wokół mówili mi, że wyglądam jakbym urodziła się ruda 🙂 nawet moja twarz nabrała wyrazu, hennowy kolor stał się moim wyróżnikiem.

Odcień się zmieniał, ale za każdym razem pozostaje ten sam blask. Być może nawet z czasem zyskuje na sile.

Gdy ktoś pyta mnie – czym dla mnie jest henna? – odpowiadam – TOŻSAMOŚCIĄ!!!  Nie wyobrażam sobie siebie nierudej-  moi przyjaciele także! Ten kolor tworzy mnie, zmienia mnie także od wewnątrz. Polecam każdej pani taką przygodę.  Założę się, że będzie warta powtórki, a nawet jak w moim przypadku – ciągłej przygody!

Bez tytułu.2Zdjęcie1020

IMG_0389

poszukiwań dostawcy ciąg dalszy

Skoro powiedziało się „a” należy powiedzieć i „b” aczkolwiek w tym akurat przypadku była to połowa alfabetu.

 

Pierwszym miejscem, od którego zaczęłam poszukiwania było forum dla artystów zajmujących się malowaniem henną na ciele. Tam znalazłam pewną czarującą damę, która sprzedawała hennę w ilościach niehurtowych, czyli od 10kg wzwyż. Pierwsze zamówienie poszło idealnie, natomiast przy drugim nie było tak różowo, chociaż owa dama nazwała swoją firmę ‚pinky’.

Wpłaciłam pieniądze, i ponad 3 tygodnie czekałam aż owa dama mi ją wyśle. Brak chęci do wysłania henny tłumaczyła mi tym, że uniemożliwiają jej to ulewne deszcze. No cóż, nie była to pora monsunu a Radżasthan nie jest raczej miejscem nawiedzanym przez trzytygodniowe ulewy. Tak więc mimo że towar był przedni- pożegnałam się z miss pinky i wróciłam do punktu wyjścia.

Jednym z moich kolejnych potencjalnych dostawców był, nazwijmy go, pan K., prowadzący swoją firmę w samym sercu hennowej stolicy Indii, czyli w Sojat. Zapewnił mnie solennie, że posiada wszelkie zezwolenia na eksport do Unii Europejskiej. Wysłałam pieniądze, i okazało się, że pan K. dopiero wtedy zaczął się zabierać do uzyskania tych zezwoleń.  Całe szczęście, że kupiłam u niego tylko 10kg towaru, bobym chyba zeszła na zawał w trakcie czekania na towar.

Towar doszedł cudem po ponad miesiącu od zapłacenia za niego- ze zniekształconym masakrycznie adresem i z henną zamiast zamówionej kasji. A ponieważ płacąc za kuriera nie bawiło mnie czekanie na przesyłkę dużo dłużej niż gdyby pan K. wysłał ją zwykłą indyjską pocztą- musiałam i jemu powiedzieć „żegnaj” i to bez większego żalu.

Co jakiś czas pan K. wysyła mi urocze maile zachęcające do dalszej współpracy.

Ostatni rzut na taśmę okazał się strzałem w „10”.

Znalazłam firmę z tradycjami (ponad 100 lat działalności), zajmującą się nie tylko handlem, ale też uprawą henny i produkcją hennowego proszku. Co więcej, w ofercie mają też wszelkie możliwe ajurwedyjskie zioła, i to wszystko popakowane na miejscu w 100g próżniowe paczuszki! Po prostu, pycha!

Wysłałam pieniądze za 100kg a moja paczka została już nadana na drugi dzień! i dotarła bez przeszkód w niecałe dwa tygodnie.  Oto siódme hennowe niebo! i rzeczywiście, jakość okazała się być naprawdę świetna.

Na mojej liście dostawców równie pięknie zajaśniała gwiazda producentów pakistańskiej Jamili. Świetny towar, bezproblemowa przesyłka, jedyny minus to niestety cło, które sprawia, że sprowadzanie Jamili do Polski jest na granicy opłacalności. Ale to wspaniała henna.

Poszukiwania dostawcy henny cz 1

Poszukiwania dostawcy henny- temat rzeka.

W 2007 roku niedaleko Charminar, na ulicy wypełnionej kolorowym tłumem, sklepikami z perfumami w formie olejków, bransoletkami we wszelkich możliwych kolorach, zrobiłam pierwsze hennowe zakupy- sprzedawca najpierw zaaplikował mi na nadgarstek olejek jaśminowy, chwilę podyskutowaliśmy o garam masali- wrzucił na wagę garść kardamonu, kminu, cynamonu, kolendry i innych przypraw oświadczając że mielonej, gotowej masali nie ma, bo przecież takie mieszanki to się robi w domu. Na koniec, zupełnie tego nie planując, odeszłam od sklepiku mając w torbie pokaźny pakunek składający się z 20 gotowych rożków z pastą i dobrym, hyderabadzkim proszkiem- piszę o hennie, w razie gdybyście się nie domyślili 😉
Był to prezent, a wiadomo, że prezentów się nie wyrzuca. Tak właśnie zaczęło się moje malowanie henną na skórze. Zapasik gotowych rożków dość szybko się wyczerpał, więc zaczęłam eksperymentować z proszkiem. Moje pierwsze pasty bardziej przypominały kisiel niż cokolwiek innego- za dużo cukru w paście. Dodawałam też sporo zwykłego oleju… To były ciekawe czasy 😀
Zapasy szybko się skończyły- a raczej zostały zmarnowane. Nadszedł czas poszukiwań dobrej henny. Kupiona w polskim sklepie przez internet henna nie nadawała się do malowania na skórze- trzeba ją było przesiewać, żeby pozbyć się większych kawałków, które zatykały rożek.
A więc- hennę pakowałam do puszki z kilkoma kamyczkami, na puszkę muślinowa chusteczka i… shake it, baby! W powietrzu unosiły się maleńkie cząsteczki henny, mniej więcej o gęstości kurzu- zresztą po godzinie takiego przesiewania henna osiadała na wszystkim jak kurz, tylko zielony 😉 Henna w nosie, na firankach, wszędzie. Ale przynajmniej z przesianą henną dało się już pracować.
Po kilku miesiącach takiej zabawy przeczytałam w internecie o hennie do Body Art i doznałam olśnienia. Henna, której nie trzeba przesiewać! Powróciły piękne wspomnienia hyderabadzkiego proszku, który tak niecnie zmarnowałam. Tylko- skąd ta hennę brać?
Opcja 1.
Kupić od europejskiego pośrednika. Plusy: zazwyczaj są to hennowi artyści, którzy wiedzą co sprzedają, nie trzeba się martwić o jakość. Minusy: zaporowe jak dla mnie ceny.
Opcja 2. Szukać w polskich sklepach internetowych. Ech, tego już próbowałam. O ile można kupić niezłą hennę do włosów, tak do body art już niekoniecznie.
Opcja 3.
Kupić u źródła, czyli- bezpośrednio u producenta.
Opcja 3 wygrała, i zaczęły się wręcz anegdotyczne perypetie z dostawcami. O czym napiszę jeszcze- niebawem 🙂